wtorek, 26 maja 2020

Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika.





Dlaczego niektórzy ludzie mają niebieskie oczy? Dlaczego drapanie się jest takie przyjemne? Czy naprawdę mogę umrzeć, wyciskając pryszcza na nosie? Co po mojej śmierci stanie się z danymi dotyczącymi mojego ciała? To tylko nieliczne pytania, na które opowiada dr James Hamblin - autor książki pt. “Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika”.

James Hamblin, lekarz i dziennikarz “The Atlantic”, w przystępny i zabawny sposób tłumaczy zawiłości anatomii i fizjologii. Jego książka jest zbiorem odpowiedzi na najczęstsze pytania jakie zadajemy sobie na temat naszych ciał. Niektóre z nich mogą się wydawać absurdalne, ale jak tłumaczy sam autor, każde z tych z pozoru błahych zjawisk, po głębszej analizie okazują się częścią bardziej złożonego procesu. Autor podkreśla również, że jeśli zależy nam na zrozumieniu siebie i innych, powinniśmy zacząć od poznawania swoich ciał. W swojej książce dr James Hamblin udowadnia, że biologia wcale nie musi być nudna i każdy kto przeczyta tę książkę również odniesie takie wrażenie. 

Książka podzielona jest na 6 części. W każdej z nich, autor odpowiada na pytania opisujące poszczególną funkcjonalność organizmu. Z książki wyciągniemy wiele wniosków na temat naszego wyglądu, naszych uczuć, naszych potrzeb, a także poruszymy temat przemijania, który niewątpliwie dotyka każdego z nas. Znajdziemy w niej również odpowiedzi na nurtujące nas pytania, takie jak np. Na czym polega uzdrawiająca moc śmiechu? lub Skąd moje serce wie, jak ma bić? Książkę “Gdyby nasze ciało potrafiło mówić. Podręcznik użytkownika” czyta się niezwykle przyjemnie, głównie ze względu na jej prosty i zrozumiały język, ale także ogromne poczucie humoru autora. Jest to książka bardzo inspirująca i pouczająca. Oprócz fachowej wiedzy jaką autor niewątpliwie nam dostarcza, doświadczymy również dużej dawki śmiechu. Dr James Hamblin nie zarzuca nas poradami jak powinniśmy żyć, albo co robić żeby być w dobrej kondycji. Jego jedynym celem jest przedstawienie ciekawostek na temat naszych ciał, o których być może nigdy wcześniej byśmy nie pomyśleli. Zależy mu także na tym, aby obalić mity zdrowotne, w które nie wiadomo z jakiej przyczyny wciąż wierzymy. Książka skonstruowana jest w taki sposób, że nie trzeba jej przeczytać całej, żeby znaleźć odpowiedź na nurtujące nas pytanie. Zatem jest to lektura, po którą możemy sięgać, za każdym razem gdy tylko będziemy czuć potrzebę, by lepiej zrozumieć nasze ciało.

Książka idealnie spełnia swoją rolę w kontekście popularyzacji nauki. Zdecydowanie przykuwa uwagę odbiorców i sprawia, że biologia i medycyna stają się pochłaniającym tematem. Jest to książka, która z pewnością rozwieje wszystkie Twoje wątpliwości i skłoni Cię do refleksji. Nawet jeśli tematyka zdrowia jest Ci daleka, to warto przeczytać tę książkę, by lepiej zrozumieć mechanizmy, które nami kierują. 



Hamblin, J., Konieczny, J., & Wydawnictwo Marginesy. (2018). Gdyby nasze ciało potrafiło mówić: Podręcznik użytkownika. Warszawa: Wydawnictwo Marginesy.



Wiktoria Wróbel






STRZELBY, ZARAZKI, MASZYNY Losy ludzkich społeczeństw

                                               Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw - Jared ...




Żyjemy w czasach, w których praktycznie wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Każdą informację, możliwość podróżowania po całym świecie, dostęp do wiedzy o każdej porze, czy nawet zakupy, które możemy zrobić bez wychodzenia z domu. Zajęcia on-line w czasie pandemii to też żaden problem, ponieważ każdy ma teraz dostęp do komputera oraz do internetu. To wszystko jest możliwe, dzięki rozwiniętej technologii, do której jako ludzkość, dążyliśmy przez wiele tysięcy lat. Niestety nie wszystkie kraje na świecie są tak rozwinięte. Niektóre nie mają nawet stałego dostępu do podstawowych środków potrzebnych do życia, takie jak woda czy żywność. Autor w swojej książce o losach ludzkich społeczeństw stara się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego na różnych kontynentach rozwój ludzkości przebiega w innym tempie? Historia powstania książki zaczyna się w 1972 roku, kiedy autor podróżował po świecie. 25 lat później, mając odpowiednie kompetencje, wiedzę oraz ekspertów, pisarz stara się odpowiedzieć na ważne dla ludzkości pytanie. Twierdzi, że historię współczesnego świata kształtowały epidemie, podboje i ludobójstwa wykonywane na niektórych społecznościach. W swojej książce autor skupia się przede wszystkim na losach ludności nieeuropejskich. Twierdzi, że podstawowe elementy cywilizacji o zachodnioeuropejskich korzeniach zostały wytworzone przez ludy żyjące gdzie indziej i dopiero później przeniesiono je na kontynent europejski. Już na samym wstępie autor stawia wiele tez, które mogą być przyczyną tak nierównomiernego rozwoju technologicznego. Mówi się, że ludy mniej rozwinięte są takie, ponieważ mieszkają tam ludzie mniej inteligentni. Autor nie zgadza się z tą teorią. Uważa takie społeczeństwa za równie, lub nawet bardziej inteligentne od społeczeństw rozwiniętych, ponieważ lepiej radzą sobie z unikaniem niekorzystnych, warunków z którymi Europejczycy prawdopodobnie by sobie nie poradzili. Nie można więc użyć tego argumentu jako odpowiedź na zadane w książce pytanie. Inną teorią z którą autor się nie zgadza pisząc swoją książkę jest wpływ klimatu na ludzką kreatywność. Ta teoria mogłaby być prawidłowa, gdyby nie fakt, że Europejczycy, aż do ostatniego tysiąclecia nie wnieśli niczego istotnego do rozwoju swojej cywilizacji.

Korzystając z przedmiotów codziennego użytku, nie zastanawiamy się w jaki sposób, ani dlaczego tak się stało, że możemy się nimi posługiwać. Nie myślimy jaką drogę musiały przejść cywilizacje, co miało wpływ na rozwój technologiczny i dlaczego akurat my, a nie kraje nazywane przez nas nierozwiniętymi, możemy korzystać z takich rzeczy jak laptop, telewizor, internet. Warto zastanowić się i sięgnąć po książkę dzięki której można sobie uświadomić jakie wydarzenia spowodowały, że nasz świat tak wygląda.



Julia Muszyńska

niedziela, 17 maja 2020

Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków


Nie martw się, jeśli zdarza się, że zaczynasz być znużony swoim dotychczasowym życiem albo masz wrażenie, jakbyś niewystarczająco wyszalał się za młodu. Okazuje się, że po zakończeniu życia można się naprawdę nieźle rozerwać… czasem nawet dosłownie. Kolejna książka Mary Roach – Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków – na każdym kroku udowadnia, że nieboszczyk może mieć całkiem ciekawe „drugie życie”, a nasz martwy znajomy może być mniej sztywny od tych żyjących.

Śmierć jest rzeczą, o której spora część ludzi nie chce, nie lubi lub nie potrafi rozmawiać. Umieranie często jest kojarzone z czymś smutnym, złym czy traumatycznym. A gdyby spróbować spojrzeć na to inaczej? Sztywniak…, ta popularnonaukowa pozycja pokazuje, że zmarli mają ogromny wpływ na to, co obecnie mamy i znamy, a więc powinniśmy im w zasadzie dziękować za to, jak się dla nas poświęcają! Mary Roach napisała naprawdę fascynującą książkę, w której przedstawia wyniki swoich dociekliwych wypraw w różne zakątki świata – żywych i umarłych. Żeby daleko nie szukać, już w pierwszym rozdziale książki możemy uczestniczyć podczas szkolenia dla chirurgów plastycznych; ćwiczą oni lifting twarzy na prawdziwych, choć martwych i odciętych głowach. Niedługo potem przekonamy się, że zwłok do praktykowania czynności medycznych używa się od wielu, wielu lat, co swego czasu doprowadziło do grabowania świeżych grobów, aby pozyskiwać materiał do ćwiczeń. Roach przedstawia kilka historii, gdzie takimi zleceniodawcami byli nawet sami medycy.

Zastanawiałeś się kiedykolwiek nad tym, skąd wiadomo, od jakiego czasu nie żyje znaleziony martwy człowiek? Albo jak rozpoznać po szczątkach w złym stanie, co było przyczyną śmierci? A może nad tym, czy samozapłon u człowieka jest możliwy? Autorka Sztywniaka… też nad tym myślała i postanowiła działać. W swojej książce opisała wizytę w przeuroczym miasteczku Knoxville. Na tyłach Kliniki Medycznej Uniwersytetu Tennessee założono znaną na całym świecie Trupią Farmę. Mary Roach zabiera czytelników do cuchnącego i pełnego robactwa królestwa zwłok. Wbrew pozorom to miejsce cieszy się dobrą sławą i ludzie bardzo chętnie zapisują mu swoje martwe ciała, aby odkrywać kolejne tajniki natury. Kto by nie chciał zostać rozczłonkowany, rozszarpany czy wystrzelony w imię nauki? Z Trupiej Farmy przeniesiemy się z kolei do zakładu pogrzebowego, w którym będziemy towarzyszyć zmarłym w ich ostatnich zabiegach pielęgnacyjnych i kosmetycznych… jeśli wcześniej nie zostali rozpuszczeniu w ługu czy zjedzeni przez muchy.

Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków to książka dla ludzi ciekawych świata, szczególnie tego niezbyt pięknego i ładnie pachnącego. Mary Roach udało się napisać przyzwoitą lekturę dla amatorów tematów medycyny sądowej czy ogólnie natury śmierci. Dużą zaletą Sztywniaka… jest sposób opisywania zwłok i badań przez Roach – bardziej wrażliwi czytelnicy nie będą mieli problemu z przebrnięciem przez wszystkie rozdziały, a jednocześnie ci z bujniejszą wyobraźnią będą mogli sobie dodatkowo odtworzyć omawiany obraz. Książka to przeplatanka właściwych historii o zwłokach oraz różnych anegdotek autorki, więc czytanie mija szybko i przyjemnie, a informacje ze świata nauki mimowolnie zostają nam w głowach.

Może nasza ostatnia podróż wcale nie musi być nudna?


Aleksandra Goławska

poniedziałek, 11 maja 2020

Fakt, nie mit. Obalamy naukowe mity



„Fakt, nie mit. Obalamy naukowe mity” to książka autorstwa Aleksandry i Piotra Stanisławskich, twórców „Crazy Nauki”, którzy od wielu lat mierzą się z popularyzacją nauki. Dzięki publikacji możemy odpowiedzieć sobie na często zadawane pytania: czy szczepionki rzeczywiście powodują autyzm, czy globalne ocieplenie w ogóle istnieje, czym jest GMO i chemitrails?  

Budowa książki jest bardzo prosta: Stanisławscy podają mit, poniżej pojawia się rysunek przedstawiający komizm tego twierdzenia, już na początku uświadamiając czytelnikowi jak niepoważne jest to stwierdzenie. Później pojawia się, często jednozdaniowe, stanowisko nauki na ten temat. Po tym krótkim wstępie pojawia się naukowe wyjaśnienie zawierające pełno odnośników do bogatej bibliografii, które w sposób kompletny i jednoznaczny obala mit. Ta część również ozdobiona jest zabawnymi komentarzami czy szkicami z zabawną puentą. Na zakończenie każdego z 9 rozdziałów pojawiają się najczęściej zadawane pytania wraz z odpowiedziami. To właśnie taka budowa doskonale pasuje do książki mającej na celu popularyzować naukę. Dzięki takiemu układowi czytelnik szybko może znaleźć interesujący go fragment, a przy sekcji pytań poczuć się jak przy rozmowie z naukowcem, który cierpliwie odpowiada, na często banalne, pytania czytającego. 

Sam wygląd książki jest bardzo zachęcający. Wizerunek Alberta Einsteina (laureata Nagrody Nobla, często przedstawianego jako symbol mądrości ludzkiej) z domalowanymi okularami  i wąsami przyciąga wzrok. Zabawne szkice i komentarze pomagają czytelnikowi rozluźnić się  i z przyjemnością pochłaniać kolejne partie, przyznajmy wyczerpującej i szczegółowej, wiedzy. Nie trudno domyślić się, że książki popularnonaukowe dla wielu wydają się zwyczajnie nudne. Ta publikacja z pewnością zmieni nastawienie takich osób. Jest to doskonała pozycja dla osób zaczynających swoją przygodę z literaturą popularnonaukową.  

Trzeba zauważyć, że książka nie odpowiada na mity, nad którymi „zwykły szary człowiek” nigdy się nie zastanawiał. Przeciwnie. Publikacja zajmuje się najczęściej powielanymi fake newsami, podejmuje tematy szeroko komentowane, którymi interesują się setki ludzi, którzy być może nigdy wcześniej nie trafili na rzetelną naukową wiedzę w tym temacie. Porusza kwestie, na temat których zainteresowanie rośnie, starając się w jak najprostszy sposób wyjaśnić ich absurdalność (np. homeopatia) czy zwyczajny brak wiedzy, utarte poglądy, które nie są poparte badaniami naukowymi (np. rozdziały „Kuchenki mikrofalowe szkodzą zdrowiu” czy „Wi-Fi jest groźne dla ludzi”).  

Łatwość w odbiorze tej książki i przyjemność z czytania jej sprawiają, że jest to lektura, na wzór której inni naukowcy mogliby wzorować swoje publikacje. Zawarta w niej wiedza  w połączeniu z lekkim humorem daje nam nowe oblicze popularyzacji nauki. Dzięki takim działaniom badacze przybliżają swój świat dla osób, które nie są naukowcami, mimo to nie chcą „na ślepo” iść za czyimiś teoriami, a chcą sami jak najwięcej wiedzieć o otaczającym nas świecie i panującym w nim fake newsom.
  
Osobiście uważam, że to właśnie tą pozycją warto jest rozpocząć swoją przygodę z literaturą popularnonaukową. Czytając tę książkę można pomyśleć, że dla osoby myślącej mity przedstawione w książce są oczywiste, więc nie ma sensu poruszać tych tematów po raz kolejny. Wydaje mi się, że takie myślenie jest błędem. Uważam wręcz, że osoby, które wiedzą, że mity te nie są prawdziwe powinny ją przeczytać, aby potrafić przeprowadzić dobrze uargumentowaną dyskusję z kimś, kto w te mity wierzy. Być może ktoś, kto nigdy nie sięgnąłby po tę książkę, podczas dyskusji zostanie uświadomiony o brakach w swojej wiedzy przez kogoś, kto wiedział o fake newsie, lecz nie umiał przed przeczytaniem „Fakt, nie mit” wyrazić swojej racji. Zarzucanie więc książce, że tylko zainteresowani nauką po nią sięgną,  a osoby niezainteresowane jak nie czytały, tak nie przeczytają z założenia nie ma sensu. 

Aleksandra Grządka

czwartek, 23 kwietnia 2020

Sapiens. A Brief History of Humankind



Ogólnie rzecz biorąc, tą książkę czytało się z łatwością, napisana ona jest językiem przejrzystym i zrozumiałym dla nawet niekompetentnych w dziedzinie historii. Ona wydaje się aktualna i trafna, sprawia, że włączasz mózg, a nie wymawiasz hasła. Zawiera wiele interesujących faktów, pomysłów oraz hipotez. Szczególnie interesujące jest przeczytanie początku, później jest już mniej ciekawa, ale tylko momentami. Jest coś do omówienia. To oznacza, że Sapiens jest książką całkiem dopuszczalną. Ale nie dla wszystkich. Dla tych, którzy na przykład nigdy nie czytali innych źródeł historycznych lub chcieliby po prostu zapoznać się z ogólnymi informacjami, taka książka jest pułapką. Książka została napisana solidnie i dość interesująco, ale jest kilka momentów, z którymi na pewno można się nie zgodzić.
Autor książki - Yuval Noah Harari - jest historykiem, doktorem Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. I moim subiektywnym zdaniem historycy powinni obejmować całą historię ludzkości, cały świat, niezależnie od tego, gdzie się urodzili. Planeta jest duża, a książka głównie dotyczy tylko kultury zachodniej i jej rozwoju, istnieje zachodni pryzmat historyczny, co jest nie do przyjęcia dla historyka. Gdzie jest Wschód? Gdzie są Chiny? Czują się zły stosunek do historii Rosji i ZSRR, którą autor po prostu sprowadza do cytowania znanego pisarza Aleksandra Sołżenicyna.
Harari tak naprawdę nie przejmuje się dopasowywaniem faktów. Bardzo często wylewa błędne informacje i surowe osądy, a kilka naprawdę interesujących danych pogrąża się w morzu błędów i dlatego też wydaje się, że są wymysłem autora. Tak więc jego zdaniem „w 1860 r. większość amerykanów doszła do wniosku, że czarni są również ludźmi i powinni być wolni” - to dotyczy wyboru Lincolna. W rzeczywistości „wielki Abe” był prezydentem mniejszości - głosowało na niego tylko 40 procent wyborców, wygrał, ponieważ głosy rywali były podzielone. Jednocześnie Lincoln nigdy nie uważał czarnoskórych za „ludzi”, ponieważ był zagorzałym rasistą. Uwalniając czarnych ludzi do strajku na południu, zawsze uważał, że afrykanie powinni zostać przesiedleni na “Czarny Kontynent”.
Autor podkreśla, że wszystkie różnice między rasami, religiami, płcią są fikcyjne i względne. Wyjątek stanowią nacje - oczywiście one również są wymyślone, ale udowodnić, że nie ma dystansu kulturowego między szwedem a somalijczykiem, po prostu niemożliwe. Więc wydaje się, że Harari po prostu nie chce tego zauważać.
Autor przeskakuje nierównomiernie z jednego końca linii historycznej na drugi, i takich niedoskonałości w książce jest wystarczająco. Mam wrażenie, że autor kierował się sprzedażą książek na Zachodzie i nic dziwnego, że książka stała się bestsellerem, ponieważ opisuje to, co „chcą usłyszeć”. Ale jest to nie do przyjęcia dla tych, którzy chcą zrozumieć historię i pochodzenie życia na Ziemi i wypracować własny punkt widzenia na temat „jak to naprawdę było”.
Podsumowując wydaje mi się, że autor nie potrafił w pełnej mierze przetworzyć całej informacji, na którą on się nakierowywał na samym początku, więc nazwa książki "Krótka historia ludzkości" nie jest adekwatna do treści.



Autor: Wiktor Pstyga

wtorek, 14 kwietnia 2020

Komunikacja Naukowa w czasach pandemii


Przemyślenia dotyczące edukacji zdalnej.


Temat pracy i wiele pytań do niego zadanych rodzi jeszcze więcej refleksji jak na nie odpowiedzieć i jakie objąć stanowisko w całym tym obecnym chaosie, w którym przyszło nam funkcjonować. Chaos nie tylko tutaj odnosi się do nieładu organizacyjnego edukacji, która wręcz musiała przeżyć ogromną rewolucję, żeby w jakiś sposób nadal funkcjonować, ale również do przyzwyczajeń i zachowań ludzkich, które były utartymi schematami, pewnego rodzaju rutyną. Nowa rzeczywistość do której zostaliśmy obligatoryjnie powołani stwarza wiele możliwości. Trzeba na nią patrzeć nie tylko przez pryzmat  strat, w „normalnym” funkcjonowaniu, ale również jako na rozwój i otwarcie dotychczas rzadko przecieranych szlaków.

Niestandardowe warunki posuwają nas do wykorzystywania niestandardowych rozwiązań. Idąc tym tropem, zawieszenie stacjonarnej dydaktyki zmusiło nas do wykorzystania możliwości niestacjonarnych, czyli zdalnych, sieciowych metod pozyskiwania wiedzy. Ważne by o tym wspomnieć, że pomimo zmiany nawyków i metod, to cel przyświeca nadal ten sam. Chęć rozwoju i pozyskiwania wiedzy jest niepowstrzymana, dlatego też zmuszeni jesteśmy do dostosowania się do obecnych realiów.

Od razu nasuwa się to pytanie, ale jak to zrobić? Jak to się ma do interpersonalnych relacji, nie tylko na podłożu student – wykładowca, ale również student – student jak i wykładowca – wykładowca?

Nie chce mi się wierzyć, że ograniczenie czynnika bezpośredniej ludzkiej interakcji między sobą (na żywo) zmienia sytuacje tylko na gorszą. Odnoszę wrażenie, że ciążąca nad nami wszystkimi, nie zależnie od tytułu, sytuacja pandemii jednoczy jednak trochę ludzi. Mówiąc to, mam w głowie wspomnienia dawne, ale również z minionego tygodnia, gdzie widzimy, my studenci, swoich profesorów w innej odsłonie. W swoich pieleszach, w swoim zaciszu, ze swoimi zwierzętami. Automatycznie następuję osłabienie czynnika poziomującego, bariery pozorów, która na co dzień była obecna. Uczniowskie podejście z wcześniejszych etapów edukacji, że „nauczyciel to nie człowiek”, w ogóle traci tutaj swoje znaczenie i nie jest adekwatne w żadnym stopniu.

Jak więc wygląda proces uczenia się, nauki, komunikacji na różnym poziomie?

Z samych załączonych linków na platformie można wywnioskować, tylko jedno. Możliwości są i to wielkie, a jak wiemy, otchłań Internetu skrywa ich jeszcze więcej. Ogrom informacji, kursów, dzieł, platform, repozytoriów, zbiorów danych, możliwości studiowania Online dosłownie zalewa nas. Tylko od nas zależy, czy damy się utopić w jego falach, czy wręcz przeciwnie popłynąć z nurtem. Z własnego doświadczenia wiem i znam wiele programów pozwalających przenieść nauczanie do sieci. Mógłbym tu wymieniać, wszystkie platformy streamingowe typu: Twitch; serwisy wirtualnych klas bądź komunikatorów głosowych np.: Google classroom, kampusCOME, Webinarium, Discord, Teamspeak, Moodle, ClassDojo. Jednakże bez sensu się rozwodzić nad ich ilością, a przejść do ich jakości i wykorzystania w praktyce. Jak można się spodziewać komunikacja na poziomie studentów, jest nieustannie na dobrym poziomie niezachwiana. Niemoc komunikacji w rzeczywistości, nasiliła tylko, bądź można połasić się o sformułowanie „przeniosła, się” na wirtualne kanały. Środki które dotychczas były tylko wykorzystywane w celach rekreacyjnych (mam na myśli komunikatory głosowe) obecnie służą jako idealne narzędzie wykorzystywane do konsultacji zadań, czy treści projektów. Na poziomie zaś student – wykładowca odnoszę wrażenie, że wykładowcy stali się bardziej dla nas „dostępni”. Obie strony zdają sobie sprawę, że obecnie jest to jedyny kanał informacji między nami i prosperuje on znacznie sprawniej niż normalnie to miało miejsce. Materiały do nauki, do rozwijania swoich zainteresowań i dla czystej przyjemności posiadania wiedzy stały się teraz bardziej dostępne. Otworzenie wielkich zasobów bibliotek zagranicznych, spektakularnych kolekcji zbiorów dotychczas mniej dostępnych, tylko pomaga w procesie kształcenia się, ponieważ nie występuję już bariera geograficzna. Treści nie są już powiązane z miejscem, gdyż możemy mieć do nich dostęp z poziomu swojego komputera, w swoim pokoju.

Na koniec chciałbym tylko dodać kilka moich przemyśleń, dotyczących niekorzystnych aspektów z którymi musimy się zmierzyć. Poczynając od najbardziej przyziemnych, warto pomyśleć o ujednoliceniu narzędzi z których my – jako studenci, oraz Państwo jako – wykładowcy musimy wspólnie korzystać. Wiem, że dowolność w wyborze środków jest czymś wspaniałym, jednakże rozbijanie się na prace za pośrednictwem wielu platform nie jest niczym korzystnym. Człowiek z natury jest leniwy, więc myśląc tym tropem, warto by było mieć wszystko w jednym miejscu, nawet tylko dla czystej spójności.

Kolejnym aspektem już bardziej ogólnym jest prostota i wiarygodność informacji jaką się dostaje. W szumie medialnym łatwo zwariować. Rzetelne treści stają się jedynie ułamkiem wszystkich które do nas dochodzą. Cennym czynnikiem jest prawda i spokój o który obecnie tak trudno. Zabiega się, żeby nie panikować, jednakże nie wszyscy są z jednakowej gliny ulepieni i każdy na swój idiosynkratyczny sposób inaczej odbiera to co się wokół niego dzieje. Elementem który można by było tu ulepszyć jest podjęcie działań mających przeciwdziałanie dezinformacji jak i również szerzenia prawdy w społeczeństwie akademickim przez odpowiednie autorytety.

Ostatnim elementem o którym krótko wspomnę jest ogólny postęp, modernizacja i podjęcie nowych inicjatyw dla młodych, którzy zostali chcąc nie chcąc zamknięci w domach. Super jest odpowiedź Ministerstwa Cyfryzacji w ramach akcji „Grarantanna”, kursy Politechniki pozwalające zdobyć punkty ECTS i jednocześnie nauczyć się czegoś nowego (w tym wypadku programowania) jednakże to tylko kropla w morzu potrzeb.

Mam szczerą nadzieję, że postęp w skali edukacji zdalnej nie zostanie zagrzebany, gdy wszystko wróci do swojej normy. Co do czasu kiedy to nastąpi pozostaje mi tylko wierzyć, że będzie to rychlej niż cały świat zakłada.
Mateusz Kozłowski

Komunikacja naukowa - raport



Zawieszenie dydaktyki stacjonarnej nie musi oznaczać, że prowadzenie zajęć naukowych będzie mniej efektywne niż zazwyczaj. Gdy myślimy o komunikacji naukowej rzadko nasuwa nam się na myśl nauka przez Internet. Wyrażenie to kojarzy nam się zazwyczaj z bezpośrednią rozmową, prywatną czy też publiczną, na tematy związane z przekazywaniem wiedzy. Uważam, że o komunikacji naukowej również powinno się myśleć w kategorii rozmowy/kursu internetowego, a najlepszym przykładem na to jest zaistniała obecnie sytuacja epidemiologiczna. Gdyby nie Internet, jakikolwiek rodzaj przekazywania wiedzy musiałby zostać zawieszony, a semestr akademicki wydłużony.
Myślę, że obecna sytuacja pozwoli nam nie tylko docenić, jak wielkim dobrem jest Internet i jak wiele możliwości nam daje, ale również zmieni znacząco punkt widzenia na pracę zdalną. Mam głęboką nadzieję, że jedną z wielu lekcji jakie wyciągniemy gdy obecna sytuacja się skończy, będzie zrozumienie, że praca zdalna może być równie efektywna jak stacjonarna. Uważam nawet, że niektóre zajęcia właśnie w formie zdalnej, bardziej zachęciły mnie do rozszerzania mojej wiedzy, zmuszając do samodzielnej pracy i wyszukiwania informacji. Z drugiej jednak strony wiem, że efektywność tego typu zajęć zależy w dużej mierze od ich tematu i formy. Niektóre z nich wymagają otwartej konwersacji na forum i pod tym względem uważam zajęcia stacjonarne za niezastąpione.
Jeśli chodzi o relację wykładowca-student myślę, że w formie zdalnej jest ona niestety nieco zaburzona. Wykładowca zazwyczaj nie widzi reakcji słuchaczy, przez co prowadzenie tego typu zajęć musi być mniej przyjemne.
Myślę, że nie ma zbyt wielu negatywnych aspektów e-learningu. Gdybym jednak miała wymienić kilka z nich, na pewno sporą trudnością może okazać się obsługiwanie narzędzi technologicznych, gdyż wielu ludzi (w Polsce i nie tylko) jest nadal wykluczonych cyfrowo. Kolejnym negatywnym aspektem zajęć zdalnych jest fakt, iż efektywność pracy w bardzo dużym stopniu zależy od nas samych. Jako, że nikt nie kontroluje tego co w danym momencie robimy, dużo łatwiej jest się rozproszyć i zająć sprawami niezwiązanymi z nauką. Aby przeciwdziałać tego typu zjawiskom myślę, że po pierwsze należy zmiejszać przepaść technologiczą między pokoleniami poprzez kursy internetowe, a także poprzez uświadamianie społeczeństwu jak ogromnym dobrem jest Internet i jak wiele możliwości nam oferuje. Jeśli chodzi o brak skupienia podczas zajęć, wykładowcy mogliby wymagać włączania kamery, co na pewno zdyscyplinowałoby słuchaczy.
Uważam, że narzędzi do prowadzenia komunikacji naukowej jest bardzo wiele. Jako najczęściej wykorzystywane wymieniłabym: Skype, ClickMeeting, GoogleHangouts, GoogleMeets, Webinar, COME czy Facetime. W ostatnim czasie miałam przyjemność korzystania z wszystkich wymienionych i uważam, że świetnie sprawdzają się w roli komunikatorów naukowych (przeprowadzenie kartkówki przez Gmaila również okazało się możliwe).
Jak wynika z powyższych rozważań, uważam, że komunikacja naukowa jest jak najbardziej możliwa również w nowoczesnej, zdalnej formie. Wierzę, że efektywność pracy stacjonarnej i zdalnej jest na bardzo podobnym poziomie, a „zdalna komunikacja naukowa” zmniejsza dystans między uczniem a nauczycielem.


Magda Żukowska